Nie gwarantuję, że w opisie angielskim nie ma błędów, w końcu Hebi (vel. Whiskas) nie jest ekspertem. Liczę, że mnie Starsza Marta w razie czego poprawi. ;)
Dostępna jest już zapowiedź Rozdziału 4.
***
Ten dzień nie był udany, z pewnością. Ale są jeszcze inne.
I do Apokalipsy jeszcze trochę.
Co mnie nie zabije, lepiej niech zacznie uciekać <- Tak, to z sagi Dary Anioła ;)
A koło frajerów Marty przechodzą tak, Starsza Marto: KLIK
***
I really wanted to look behind me.
But I couldn't.
I knew, that there's something incredible what is waiting especially for me.
And I wasn't sure if I'd like see it the way it is.
Hebi
***
- Moment, uspokójmy się i przemyślmy to jeszcze raz, powoli...
- Jestem cholernie spokojny! - wrzasnął i prawie mu uwierzyła. Naprawdę.
Potem złapał się za głowę, by następnie zmienić lokalizację dłoni na twarz i zaczął krążyć po tym wielkim hallu, jakby zataczał krąg nadziei, którego nie wyzbędzie się z umysłu już nigdy, nieważne, jak bardzo będzie próbował. Instynktownie nic nie powiedziała, przeczuwając, że w ten sposób poprosił o chwilę dla siebie.
Kiedy jednak podniósł głowę i spojrzał na nią swoimi ciemnoorzechowymi oczami, zrozumiała, że chodziło o coś innego. Bezwolnie odjął dłonie od idealnie ogolonej twarzy i cicho, prawie szeptem powiedział:
- Nie powiedziałem ci wszystkiego...
Popatrzyli na siebie tak, jak tylko oni potrafili, instynktownie podpowiadając sobie w ten sposób, że nie jest dobrze, kiedy ściany nasączone są ludzką krwią - wtedy mają uszy i oczy.
- Nie tutaj - mruknęła Iga.
Więc zniknęli.
***
- Hasan przeszedł Pugację.
Miała wrażenie, że się przesłyszała, dlatego też wolała się upewnić:
- Słucham?
- Hasan przeszedł Purgację, co znacznie osłabiło Pieczęć.
- Mamoru, doskonale wiem - zresztą dzięki tobie - że Purgacja powoduje znaczne osłabienie Pieczęci. I, niestety, wiem też, jakie są jej limity i inne skutki. Natomiast nie wiem, co miało go do tego skłonić. Może w tej kwestii zabierzesz głos? - zaproponowała.
- Przyszłość.
- To wiele wyjaśnia, naprawdę.
- Igo, przepraszam, nie mogę ci więcej powiedzieć.
- Teraz chyba powinnam rzucić coś w stylu "Nie bój się, nic ci nie grozi, póki jestem przy tobie", nie?
- To nie jest śmieszne.
- No w ł a ś n i e - przyznała, mocno akcentując drugie słowo. - To nie jest śmieszne. Kto zgodził się na przeprowadzenie Purgacji?
- Ja.
Trudno jakoś elegancko określić, jak teraz Iga się poczuła i jak wyglądała, dlatego należy stwierdzić tylko, że ją po prostu zamurowało.
- O. A to niespodzianka... - powiedziała po dłuższej chwili. - Nie wiedziałam, że jesteś wszechmogący. A kwit na drzewo mi wydasz?*
- Przestań sobie kpić.
- Więc najlepiej będzie, jak usiądę w kącie, zacznę płakać i mówić, że to go mogło zabić i to wszystko twoja wina? Albo lepiej - zacznę tu teraz krzyczeć, uderzę cię kilkanaście razy, potem zrobię ci rzewny wywód, uderzę w twarz na pożegnanie i powiem, że nie chcę cię więcej widzieć, po czym odejdę.
- Tak byłoby na pewno łatwiej.
- No właśnie. I tylko tyle.
- Aż tyle.
Uśmiechnęła się lekko, prawie niedostrzegalnie, mimo że nie miała ma to najmniejszej ochoty. Utrudniła mu w ten sposób wszystko, o czym najchętniej by zapewne zapomniał. Lecz Iga nie była dziewczyną, która dawała o sobie zapomnieć tak łatwo. Być może po cichu pragnęła, by się dalej zadręczał, mimo że dawała mu do zrozumienia, że tego, co się stało, nic już nie odmieni. Nigdy nie wmawiała sobie, że chce być na siłę dobra albo że już taka jest.
- To niczego nie zmieni. Chodźmy lepiej w bezpieczniejsze miejsce i opracujmy jakiś plan.
***
Eryk był przekonany, że jeśli gdziekolwiek czeka nieśmiertelność, to czeka na niego. Niezależnie od przyczyny czy okoliczności, nie potrafił po prostu wziąć pod uwagę żadnej innej opcji, a już tym bardziej odpowiedniejszej kandydatury. Dlatego też karmił się tym przekonaniem do syta już od dawna, co było powodem postrzegania go przez ogół jako aroganta i cynika. W najlepszym razie, rzecz jasna.
W świecie utarło się przeświadczenie, jakoby każda biała historia miała czarną plamę. Czasami z boku, czasem na plecach. W tym wypadku rolę plamy miał zagrać on. Nie żeby się z tego powodu nie ucieszył. Dobra rólka w końcu nigdy nie jest zła. To jednak w żaden sposób nie tłumaczyło potrzeby idealizowania całej tej bieli (która i tak poszarzała z upływem lat w stopniu bardziej niż znaczącym). Przeszkadzało mu jedynie to, że nikt nie planował go z tego tytułu nagradzać, chociażby marnym groszem.
Oczywiście jeśli ktoś go nie znał, mógł sobie pomyśleć, że rola ofiary mogłaby znacząco ułatwić mu życie. Jednak nie tym razem i nie z tą osobą. Jeśli gdziekolwiek istniał świat, który czekał na niego niczym ta wyimaginowana nieśmiertelność, to czekał z największym wytęsknieniem i z pewnością daleko mu było idealnego.
Spojrzał na pogrążone w dość stagnacyjnym jak na tę porę dynamizmie. Poprzez zaciśnięcie pięści stłumił w sobie chęć zniszczenia je jednym podmuchem wiatru, jednym przyzwaniem destrukcji. To zdecydowanie nie był dobry czas na takie rewolucje. Czasem po prostu lepiej poczekać, by móc obejrzeć się za siebie i dotknąć tego, czego dotychczas nie chciało się nawet ujrzeć.
Niebo pokrywały ceglastoczerwone chmury, tworzące ciekawy kontrast z jego ciemnawym odcieniem. Zapewne zapowiadały coś szczególnego, lecz Erykowi niespecjalnie spieszyło się to odkrywać. Wolał raczej delektować się bliskością dotychczas odległej bytności.
Na to rzekł wąż do kobiety: Na pewno nie umrzecie,
Lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło.
A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi swemu, który był z nią, i on też jadł.
Rdz 3:4, 5, 6
Popatrzył na niebo ponownie, lecz tym razem nieco inaczej. Nieco z ukosa, trochę krzywo, ale jednocześnie litościwie, z wyższością, której uprzednio w tym wzroku brakowało. Być może to ona dodała mu odwagi, by szeptem spytać:
- Czy nadal sądzisz, że Ewa nie zgrzeszyła dla ciebie, Silyenie?
To jednak nie miało już większego znaczenia. Delikatna, gładka skóra i długie włosy dziewczyny pachniały cynamonem i wanilią. Tak słodko, że aż tracił zmysły. Podeszła do niego po cichu, tak jak lubił. Objęła go w pasie i patrzyła na miasto wraz z nim. Było to całkiem zadowalające, mimo że wiedział, iż nie wprawia jej w to żadnego rodzaju zachwyt czy uniesienie. Zdawał sobie również sprawę z tego, że zapewne nigdy nie ujrzy tego świata w ten sam lub chociaż podobny sposób co on. Niewiedza bywa karmą pożądania.
Złączeni w subtelnym uścisku przenosili się do innego świata. Tego, który był dostępny tylko dla nich, który już nikomu nie zdradzał tylu sekretów. Gdy ich wargi zetknęły się, ten świat runął w gruzach. Podobnie jak ich okrycia wierzchnie, które dołączyły do niego po upływie niezbyt długiego czasu.
Jeśli gdzieś istnieje Eden, jest on nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników, pomyślał, całując jej bark, i uśmiechnął się, jakby miało mu to przynieść oderwanie od myśli, do których i tak był przykuty mocniej niż wierny pies do swej budy.
***
Powietrze było ciężkie, podobnie jak serca wybijające w ich piersiach bardziej lub mniej równomierny rytm. Obejrzała się za siebie, licząc, że zobaczy coś, czego zdecydowanie tam nie było. Coś jej podpowiadało, że Apokalipsa jest bliżej, niż mogłaby sobie to wyobrazić. Była na takim etapie, że chętnie by ją nawet zaakceptowała, gdyby tylko ktoś zechciał ją zapewnić, że zakończy absolutnie wszystko, że nie pozostanie nawet najdrobniejszy pyłek. Że znikną wszystkie światy, byty, kłopoty mniejsze i większe. Że przestrzeń wypełni się pustką, córką niepewności, jaka zagościła w ich sercach.
- Protége moi...
Iga stanęła jak wryta.
- Protége moi... - powtórzył jakiś głos w jej głowie. Był to cichy, prawie niedosłyszalny, a jednocześnie potwornie nieznośny szept, który rozsadzał jej głowę od wewnątrz, mnożąc się uparcie, jakby tę frazę powtarzały kolejne setki osób.
- Wszystko okej? - zapytał Mamoru, idący o krok z tyłu, zobaczywszy, jak jego towarzyszka momentalnie zmienia swoje plany.
- Protége moi... - szepnęła wraz z głosem i zamknęła oczy tak, jakby miała ich już nigdy nie otworzyć, po czym runęła wprost w instynktownie rozpostarte ramiona brata, które później zacisnęły się na jej ciele niczym pętla na szyi skazańca.
Bo one były pętlą, czy tego chciała, czy też nie...
Ja po prostu uwielbiam to, jak piszesz. Nie ma na świecie nikogo lepszego, naprawdę. A ostatnie zdanie podoba mi się najbardziej po tym, co mi powiedziałaś. Zastanów się, dlaczego i czy to był dobry wybór, bo te łzy... w ogóle mi się nie podobają. ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za piękną dedykację i tak, masz rację. Frajerów Marty mijają właśnie tak, ale czy aby był frajerem? I jeden i drugi? :)
Zaczynam powoli rozumieć, (a może nie do końca), o co w tym wszystkim biega.
OdpowiedzUsuńProtége moi? Co to w ogóle znaczy? Nie domyślę się, a Ty piszesz samymi tajemnicami.
Zawsze kończysz notki tak, że nic nie wiadomo o dalszych losach. A może wprowadzasz specjalnie Nas w taki stan?
Cóż, życzę dalszej weny (i modlę się w duchu, oj modlę, żebyś zaczęła coś wyjaśniać).
Kath.~
Bardzo ładne:) Uwielbiam " Dary Anioła". Chciałabym móc coś więcej zrozumieć, ale jest ciężko. Może poczekam, aż coś się wyjaśni.
OdpowiedzUsuńhttp://takewhatyouneed1.blogspot.com/