sobota, 5 października 2013

Księga I - Rozdział 1: Pieprzenie




Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak że otworzy księgę i siedem jej pieczęci.
Ap 5:5 



***

              Popołudnia bywają zabójcze dla umysłu. Niezależnie od tego, jak bardzo starasz się nie myśleć o tym, że coraz większą wartość ma dla ciebie słowo koniec, dodatkowa lekcja napawa cię nie tyle przestrachem (ewentualnie - wersja dla nieco bardziej uodpornionych - rutyną), co odrazą. Szczególnie gdy jest to fizyka, a ty musisz jeszcze zdążyć przed dzwonkiem przetransportować ciężki karton do kanciapy woźnych (od których w ramach wdzięczności możesz oczekiwać jedynie "To tylko i wyłącznie twój problem. Nie wejdziesz", gdy zapomnisz butów, bo pospiesznie odrabiałeś zjedzoną uprzednio przez psa pracę domową). Każda wymówka jest tak samo dobra, na to nie ma reguły. Generalnie i tak liczy się tylko efekt.
              Gdyby nie to, że jutro rozpoczynał się Wielki Turniej, jak to określiła, nawet nie pomyślałaby o taszczeniu kartonu wypchanego produktami bliżej nieokreślonego pochodzenia, które potem miały się "cudownym trafem" dostać jeszcze do kuchni oddalonej od jej miejsca docelowego o jedno piętro. Niestety - bariera zasobowa szkoły uniemożliwiła jej powtarzanie przed kartkówką.
              Kiedy jednak zobaczyła, że przed tablicą, na której wywieszono najnowszy numer szkolnej gazetki, zebrał się spory tłumek, zamurowało ją. Cóż... W zestawieniu tej opcji z możliwością pojawienia się nauczyciela fizyki z tasakiem wykrzykującego coś o świadomej niesubordynacji społeczności szkolnej, która ma opinię tak elitarnej, że aż wpędza go to w skrajną depresję paranoidalną, rzecz wydała się jej najbardziej prawdopodobną barierą na drodze ku przejściu. Niezależnie od tego, czy tak emocjonowali się pojawieniem się pierwszej od dwudziestu pięciu lat samiczki pandy wielkiej narodzonej w niewoli w jednym z polskich ogrodów zoologicznych, czy raczej nazwiskiem autorki tego artykułu (prywatnie największego wroga Igi).
              Odetchnęła głęboko (trzy razy - za mamusię, za tatusia i za siostrzyczkę; później dołożyła jeszcze jeden). Zalała ją fala niepowstrzymanej wściekłości, która gotowa byłaby się przerodzić w coś większego, gdyby nie to, że właśnie dotarło do niej, iż jest obserwowana. Wyprostowała się, próbując sobie w ten sposób udowodnić, że jeszcze stać ją na zachowanie nieprzeniknionej miny i postawy godnej na tyle, na ile to tylko możliwe. Kiedy jednak czas tej obserwacji dobiegł końca (nauczyciel matematyki minął ją bez cienia emocji na twarzy), szerzej otworzyła oczy, ukazując wszystkim (nie)zainteresowanym swoje wyraźnie szare tęczówki. Nie trzeba było długo czekać, by z ulgą i wściekłością wypuściła z rąk nieszczęsny karton, wieńcząc owo zdarzenie krótkim:
 - A pieprzyć to wszystko!
              Nie trzeba też było długo czekać, aż Iga odwróci się i zacznie szukać wyjścia. Bez rezultatów, co prawda, ale podobno próba ważniejsza jest od chwały. Zacisnęła dłonie w pięści i poszła w kierunku, z którego uprzednio nadchodziła. Porwała plecak z ziemi i pędem ruszyła w kierunku wyjścia. Oczywiście woźnym to nie umknęło, bo machinalnie wychynęły ze swojego pomieszczenia. Czasami Iga odnosiła wrażenie, że szyby oddzielające ich królestwo od reszty kompleksu szkolnego podpisały z nimi jakiś pakt pokojowy w zamian za regularne odświeżanie i brak smug. Zdążyła się jednak ukryć za ogromnym filarem. Niestety, innego wyjścia nie było. No chyba że od drugiej strony, gdzie z kolei pilotowała apodyktyczna polonistka, która na lekcjach lubiła popijać melisę i jeść liście sałaty.
              Są jednak również tacy poloniści, którzy nie tylko pomogą upozorować ci zniknięcie (na dodatek z fizyki!), ale również zaproponują ofertę promocyjną - bezsprzeczne wpakowanie cię w kłopoty. Co ciekawe, cierpią oni na "zaawansowane dysrozumowanie", bo podstawowa partykuła ("nie") nie figuruje w ich słownikach.
              Nim zdążyła jakkolwiek zareagować, poczuła na swojej dłoni inną - dużo cieplejszą i, była w stanie zaryzykować to stwierdzenie, gładszą od jej własnej. Takiej bardzo znajomej, mimo że nauczyła się jej na pamięć stosunkowo niedawno.
              Chwilę później byli już na zewnątrz i wsłuchiwali się w niemy trzask drzwi ewakuacyjnych, który za chwilę miał zostać kompletnie skonsumowany przez ostry ryk bordowego Harleya Davidsona.
 - Dzięki, profesorze... - mruknęła, strzepując ze spodni niewidoczne okruchy. Nie spojrzała mu w oczy.
 - Tylko tyle masz mi do powiedzenia, panno Silbermann?
 - Raczej tak.
 - Otóż nie! - wykrzyknął rozemocjonowany, żywo gestykulując. - Pragniesz mi jeszcze powiedzieć, kto jest obiektem, z którym pragniesz się pieprzyć, i jakiego typu zdania użyjesz, by mnie o tym poinformować.
              Iga uznała, że nie ma czego komentować, więc wzruszyła tylko ramionami. Uśmiechnęła się jednak delikatnie. Jej rozmówca również. Potem założył na głowę czarny kask (wyglądał w nim jak astronauta, który pokonał wszelkie prawa grawitacji) i zajął miejsce na motocyklu. Potem zwrócił głowę w jej stronę i zapytał stłumionym głosem:
- A tak poważnie... Co z tym pieprzeniem?

***

              Nie żeby był fanem najdroższych perfum, ale odór panujący w tym miejscu był z lekka przytłaczający i bynajmniej niespełniający oczekiwań potencjalnego lokatora. Pomimo panującego półmroku odnosił wrażenie, że zapach ten unosi się jako lekko szarawy gaz, po czym przekształca się w coś jeszcze intesywniejszego i opada na ziemię w postaci żółtawej poświaty. Mysi mocz i spleśniały ser były tylko połową kompozycji. Gdy dorzuciło się do tego smród palonych szmat oraz potu obwisłych stu dwudziestu kilo leniwie leżących pod ścianą naprzeciw niego, otrzymywało się miksturę niegodną pozazdroszczenia.
              Ale on nie narzekał. Przyłapywał się nawet na myśli, że chętnie by coś przekąsił. Czyżby uryna stymulowała mu apetyt? Dla niego była to zagadka większa niż Odwieczna, z którą zmagał się od zawsze.
              Odwieczna była bowiem tajemnicą, kim tak naprawdę są ludzie i dlaczego zostali stworzeni. Prawdę powiedziawszy, była jedyną towarzyszką, której pozostawał wierny niezależnie od pory dnia czy nocy. A dokładniej jedyną, która potrafiła z nim wytrzymać. Dlatego właśnie Odwieczna zajmowała w jego sercu szczególne miejsce i nieważne, czy była akurat blisko czy daleko - zawsze była tak samo ważna i godna przemyśleń. Ludzie nie byli już tej tajemnicy godni. Dlatego właśnie tak im zazdrościł tej nieprzewidywalności zdarzeń i prawd. Chciałby, żeby w jego przypadku choć przez chwilę mogło być tak samo.
              Są tacy, których nazywa się Złodziejami Czasu. Potrafią zmanipulować czas na tyle mocno, że on sam traci orientację, czym tak naprawdę jest. Wystarczy po prostu mieć dużo Pleów i im zapłacić. Osobiście znał tylko jednego Złodzieja Czasu i raczej nie zamierzał korzystać z jego usług. Delikatnie mówiąc - niespecjalnie za sobą przepadali.
              Półmrok przysłaniał mu możliwość swobodnego obswerwowania twarzy współtowarzysza. Sugerując się jednak miarowością jego oddechu, doszedł do wniosku, że śpi.
              Zamknął oczy, rozluźnił się. Skute, poranione nadgarstki opadły. Wyglądały, jakby kości łączące je z przedramieniem były kompletnie zmiażdżone. Wyglądały na nieużyteczne. Mimo że badzo starał się uwolnić od tych obrazów, nie był w stanie. Piekło co chwila podsyłało mu swój obraz, pachnący poniekąd domem. O ile dom i piekło mogłby mieć zapachowo coś wspólnego. Czerwień płonącej krwi zalała mu czerń zesłaną przez kurczowo zaciskane powieki. Zaczął się miotać w okowach, szepcząc "Adrifan"*. Wszystko to wypadało dość rozpaczliwie i łzawo jak na niego, za co nie omieszkał się jeszcze skarcić.
              Usłyszał kroki. Nadchodziło Wyzwolenie.
 - Hej, to ja! - zawołał gdzieś z oddali, zza drzwi. - Wchodzę do środka!
              Słowa przypieczętował czynami. Wyłamał zamek w metalowych drzwiach. Normalnie w tych okolicznościach uruchomiłby się jakiś alarm. Choćby i najbardziej prymitywny, ale wymagany. Jednak ostnieje pewien światowy paradoks - kto jest najlepszą bronią na zastraszenie człowieka? Ten, który boi się go bardziej. Miara jego strachu utopi jego ofiarę we wzburzonym oceanie żalu swego oprawcy i sprawi, że nawet najodważniejsi przestaną fikać. To swego rodzaju pieczęć. Oni nazywali to Piętnem. I o ile Znak Kaina potrafił tylko karać, o tyle Płomień Asmodeusza potrafił tę karę wybierać i modyfikować.
              Drzwi otworzyły się z łoskotem. Przez nowo utworzoną szparę do pomieszczenia wlewały się litry ogniście czerwonej posoki połyskującej bladym, ale dziwnie wyrazistym i intensywnym blaskiem. Zbudziło to masywne cielsko jego "współlokatora". Po chwili niezachwiany dotąd spokój posoki o nieco zbyt stagnacyjnym charakterze został zmącony przez wąski cień, który ulokował się w centrum.
              O ile sto dwadzieścia kilogramów zazwyczaj siedziało cicho i spokojnie pokutowało za swe grzechy, o tyle cień nie zamierzał tego tak po prostu zostawić. Mężczyzna spod ściany zaczął wrzeszczeć, ściskając przy tym w palcach obu dłoni płaty skóry na twarzy i ściągając je w dół, tworząc przy tym krwawe zadrapania i bruzdy, po których na pewno zostałyby ślady. I wtem ciemność na powrót zalała wszystko.
              Lecz czasem zdarza się inaczej i żadne ślady nie zostają. Mimo wszystko zawsze znajdzie się ktoś, kto zawsze zapragnie odnaleźć pochłaniający wszystko cień, ktoś, kto zapragnie przejrzeć wszelkie mroki ciszy na wylot...
 - Gdzie jesteś... Silyen...? - wykrztusił cień. 
             Odzewu nie otrzymał.

______________________________________


* Adrifan - odesłać

4 komentarze:

  1. Kurczę napisałam nie pod tym co trzeba O.O Pisz, pisz bo jest ciekawie Hebusiu ;D <3 Taka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkiem obiecujące, nie zaprzeczę :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nadal nic nie rozumiem. Próbuję to jakoś ogarnąć - ale jakoś nie potrafię.
    Matko Boska, (że się tak wyrażę) przy Tobie czuje się jak przebrzydły, śmierdzący śmieć. Piszesz tak wspaniale, że czuję się, jakbym czytała jakąś prawdziwą książkę - nie amatorszczyznę wykonywaną na blogspocie. A przyjrzyj się tylko moim wypocinom! Ahg..

    Cóż, w każdym razie, ciekawy rozdział. Lecę szybciutko czytać następny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Trudno się to czyta po przeczytaniu paru linijek białego tekstu na szarym tle wysiadłam. Choć to właśnie design mnie tu przywiódł. Zresztą treść mnie też nie zainteresowała ale twórz dziewczyno bo piszesz w bardzo ciekawy sposób, a czytelnik zawsze się znajdzie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wejście i zabranie się za komentowanie. Mam nadzieję, że uprzednio przeczytałeś/-łaś/-łoś regulamin i zapamiętałeś/-łaś/-łoś, co sądzę na temat spamu pod postem, jak i co z nim robię, co potem przekłada się na moją opinię o jego "pozostawiaczach".
Pozdrawiam,
Whiskas